<title_newspaper="Tygodnik Powszechny">
<title_article="Róża i pióro">
<author_1="Jan Parandowski">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="3">
<date="1951-03-11">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
I stał dalej pochylony z wyciągniętą ręką, jakby wspierał i prowadził swoją kulę. Lecz ona biegła z ostrym świstem równiutko i kładła kręgle pokotem. Pan Dobek rozprostowywał się i wiódł zwycięskim spojrzeniem po partnerach, którzy pomrukiwali: "Hm" albo „No, no" albo „Rzeczywiście", zabłąkany kelner cmokał i gra szła dalej zmienną koleją, póki znowu ktoś, grzmotnąwszy w deskę albo nawet zbiwszy z nóg chłopca, nie zrobił awantury, zapowiadając że „jego noga więcej nie postanie u tego szachraja". Miał na myśli właściciela restauracji, który w zatłuszczonym kaftanie, w jarmułce aż mokrej od potu uwijał się między stolikami roznosząc piwo i słynne swoje kwargle, na które patrzeć nie mogłem i miałem za złe matce, że potakiwała, gdy wszyscy twierdzili, że na ich widok ślinka idzie do ust. Raz po raz przybiegał do któregoś stolika i robił rachunek, pisząc cyfry kredą na swojej tabakierce. Nic sobie nie robił z wymówek i protestów, rozbrajał je paru słowami i wywoływał głośny śmiech: był widać dowcipny. Ja natomiast odkryłem źródło tej werwy, gdyż go przyłapałem na schodach do piwnicy, jak sobie dolewał rumu do piwa. — Musiało ci się przywidzieć —ofuknęła mnie matka, gdy jej powierzyłem ten sekret. Prędzej niż mnie kręgielnia, ja się uprzykrzyłem graczom: wciąż się ktoś zżymał: „Gdyby mi się ten pędrak nie zaplątał pod nogi...". W końcu pan Dobek zaniósł mnie z powrotem do stołu, gdzie żona na próżno starała się go zatrzymać, i okazał jej tylko tyle względów, że wypił nową halbę pilznera. Miałem trochę pociechy z dwóch kamiennych lwów na wysokich cokołach, strzegących bramy wjazdowej. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
